poniedziałek, 22 lutego 2010

Ryba

Dzidzia nauczył się mówić "ryba". Brzmi to mniej-więcej "biba". Nie, nie nauczył się tego z okazji "śledzika"...

Iiiiiiiba...

- Co zrobiłeś?! Nasikałeś na Tatusia fotel?! - Mamusia się zdenerwowała.
- Iiiiiiba nieeeee... - dał o sobie znać optymizm Dzidzi.

niedziela, 21 lutego 2010

Pendrive

Dzidzia bawił się wczoraj moim pendrivem. Sam pendrive tkwił wetknięty do portu USB, ale nie mogłem znaleźć zatyczki... Gdzie też Dzidzia mógł ją rzucić... Rozejrzałem się zaglądając pod wszystko w promieniu metra od kompa, popatrzyłem na stoliczku - nic. Trudno, trzeba spisać na straty, nie będę życia marnował na poszukiwania.
Gdy Dzidzia się obudził, postanowiłem (nie licząc na jakiekolwiek sukcesy) spróbować jeszcze jednego. Pytam zatem Dzidzię pokazując pendriva:
- Bawiłeś się wczoraj moim pendrivem, tak?
- Cio? - zapytał Dzidzia jeszcze średnio przytomny po obudzeniu się.
- Bawiłeś się wczoraj moim pendrivem - powtarzam niezrażony - Gdzie jest zatyczka?
- Tu! - powiedział Dzidzia, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem i pobiegł do swoich zabawek. Podniósł pokrywkę garnuszka i spomiędzy różnych drobiazgów wyciąga zatyczkę od pendriva.

Pobudka

Postanowiłem nieco później wybrać się do pracy. Ponieważ Dzidzia jeszcze spał, poszliśmy razem na śniadanie. Po jakimś czasie usłyszeliśmy płacz. Mama czym prędzej pobiegła do góry zażegnać koniec świata. Płacz ucięło niczym nożem, a Dzidzia rzeczowo wyjaśnia:
- Mamy niea gujy. Dzidzia łe-łe-łe.

Niea kogo!

Dzidzia jest bardzo uprzejmy. Kiedyś, poproszony o wyrzucenie czegoś do śmieci, grzecznie udał się do kuchni, otworzył szafkę pod zlewem, wrzucił papierek, zamknął szafkę i zrobił "papa!". Po namyśle otworzył szafkę jeszcze raz, zrobił "papa!" tak, żeby papierek mógł widzieć, zamknął szafkę i zadowolony wrócił do zabawy.
Ale czy konieczny jest chociaż papierek do robienia "papa!"?
Jednym z szatańskich pomysłów I było nauczenie Dzidzi "Nie ma nikogo". Dziś wychodząc z łazienki, Dzidzia jak zawsze zgasił światło, a przed zamknięciem drzwi dorzucił jeszcze:
- Tam niea kogo, papa!

Śniadanie wirtualne

I postanowiła przestać żyć jak zwierzę (czyli bez internetu). Ale nic pochopnie. Zanim wreszcie po dwóch kwartałach wybierania oferty (jednej i tej samej, bo wyboru nie ma - jakby był wybór, to by dopiero był dramat) zdecydowała się na nią, postanowiła przynieść do domu modem łączący się przez sieć komórkową.
(Jakość jest niezła, ale do kablowego naturalnie jeszcze daleko. Ale o tym za chwilę.)
Głównym argumentem stało się wypróbowanie połączenia wideo z Dzidzią. Kamerka internetowa najwyraźniej była jeszcze al-dente i dopiero po dwóch miesiącach leżakowania dojrzała i została wreszcie podłączona. Pierwsze próby kończyły się powodzeniem częściowym, tj. był głos, ale obrazu niestety nie. Wystarczyło jednak, aby Dzidzia się zainteresował i oświadczył "I tu!" pokazując na laptopa.
Czekając aż I upora się z trudnościami, Dzidzia objął moje ręce, żebym niczego nie dotykał i kazał czekać, bo "I tu!". Trwało to kilka dobrych minut, które Dzidzia zniósł o wiele bardziej cierpliwie, niż ja....
Po jakimś czasie ku powszechnej radości się udało. Dzidzia pogadał z I, I cała uhahana, prawie pełen sukces. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze stabilnego i szybkiego połączenia, żeby dźwięk i obraz nie zrywały się co chwila. Zażądałem, żeby I załatwiła wreszcie kabel, bo ten komórkowy internet średnio dawał radę.
- Pabel! - podchwycił Dzidzia, po czym pożegnaliśmy się (było pa-pa itp) i zakończyliśmy rozmowę ogłaszając sukces.
A to dopiero początek opowieści, która (jak mniemam) będzie miała jeszcze sporo odcinków....
Po mniej-więcej godzinie Dzidzia zażądał stanowczo połączenia z I. Długo i usilnie tłumaczyliśmy, że najpierw I musi kupić kabel. Nie dało się. No to wyjaśniliśmy, że I już śpi i nie da rady. Zbliżała się już północ i chcieliśmy Dzidzię też już na spanie namówić...
7 rano....
Po obskakaniu nas i po buziakach na powitanie Dzidzia zażądał połączenia z I. Jakiś czas zwlekaliśmy humanitarnie. Ale Dzidzia nalegał. Bez specjalnego przypominania o głównym problemie Dzidzia na chwilę zniknął i wrócił ciągnąc kabel od odkurzacza oświadczająć:
- I pabel!
W sumie, dobijała dziewiąta - koniec. W końcu to nie my zaczęliśmy. Telefon do I. Zacharczało, zachrypiało, coś chrząknęło.
- Cieszę się, że już nie śpisz! - powitałem I poznawszy ją po... głosie?
- Taa?... - zazgrzytało z drugiej strony.
Szybciutko wyjaśniłem, że "I tu!" i to na-ten-tychmiast i po chwili (którą Dzidzia spędził siedząc nieruchomo i wpatrując się w laptopa) było połączenie z I. Dzidzia zadowolony rozmawiał, przez ten czas przygotowaliśmy śniadanie, I miała za swoje. Podaliśmy do stołu, Dzidzia zjadł wszyściutko. Parówkę, paprykę, zagryzając precelkiem. Cały czas rozmawiając ze spoglądającą na niego z ekranu I. W ten sposób zjedliśmy pierwsze wspólne, wirtualne śniadanie. Tylko I jakoś tak więcej mówiła, niż jadła...

sobota, 20 lutego 2010

Skąd wzięła się kura?

Nie, nie chodzi o to, co było pierwsze. Dzidzia się przekomarzał ze mną i podawał mi nie to, o co prosiłem.
- To! - powiedział Dzidzia z przekorą.
- Nie, akurat to nie - odparłem.
- Kua - spróbował powtórzyć nowe słowo Dzidzia.
- Akurat - powtórzyłem.
- Kua - powtórzył pewniej Dzidzia.
- Kura?
- Kua, nio - przytaknął.
Hmm... Postanowiłem się upewnić, że się dobrze rozumiemy.
- Jak robi kura?
- Ko, ko, ko - odparł Dzidzia patrząc na mnie z lekkim politowaniem, że o takie rzeczy pytam.
No proszę... A myślicie, że jak sto pięćdziesiąt tysięcy razy prosiliśmy "Powiedz kura!", to chociaż raz odpowiedział inaczej niż "Ko-ko!"? Akurat.

piątek, 19 lutego 2010

Dzidzia nie

Dzidzia nadal najczęściej mówi o sobie "Dzidzia". Zapytany o imię odpowiada już "Ito", ale nie przestawił się jeszcze. Jak zwróci się mu uwagę, to chętnie się poprawia. I wychodzi różnie, na przykład:
- Dzidzia osim niam! - powiedział Dzidzia prosząc o czekoladkę.
- Dzidzia nie - zwróciłem mu uwagę.
- Ito osim niam Dzidzi!

Full-service

Leżałem na podłodze bawiąc się z Dzidzią. W pewnym momencie Dzidzia zainteresował się raczącą się babką Mamusią. Mamusia poczęstowała Dzidzię babką, o czym Dzidzia niezwłocznie mnie zawiadomił.
- Dzidzia to!
- Co masz? - spytałem
- Niam!
- To ja też idę się poczęstować.
- Nie! - zaprotestował Dzidzia - Dzidzia Tati!
Dzidzia zaoferował załatwienie poczęstunku tak, żebym nie musiał się ruszać z miejsca. Aby upewnić się, że jestem przygotowany odpowiednio, pochylił się nade mną i zdecydowanym ruchem ręki zmusił do otwarcia ust, po czym zakazał mi zamykania ich. Następnie udał się do Mamusi po kawałek babki. Mało się nie przewrócił, bo cały czas się oglądał sprawdzając, czy aby dzioba nie ośmieliłem się zamknąć. Wyposażony w babkę wrócił, zaserwował mi i ponownie zdecydowanym ruchem kłapnął dziobem. Moim, oczywiście.
- Tata buzi! - oświadczył zadowolony na wypadek, gdybym nie zauważył.
Pokiwałem głową i podziękowałem. Potem już tylko czekała mnie kontrola, czy wszystko z buzi zjadłem. Przecież nie można dopuścić, żeby wysiłek poszedł na marne.

Rozstanie

Po pobycie u Babci przyszedł czas powrotu do domu. Babcia jak zwykle rozżalona:
- Jedziesz? Babcia będzie płakać....
- Baba! Nie ła-ła-ła, Dzidzia bum-bum tu! - odpowiedział Dzidzia karcąc Babcię za rozklejanie się. Nie becz, przecież znowu przyjadę.

Na poczcie

Spacer z Mamą. Wybierają się na pocztę, żeby wysłać polecony. Mama tłumaczy:
- Idziemy na pocztę, żeby wysłać...
- Mejla! - kończy oczywistą rzecz zniecierpliwiony Dzidzia. Będą mu tu takie rzeczy jak dziecku tłumaczyć...

I jak ja mu wytłumaczę co oznaczają słowa "ludzie zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie"...

poniedziałek, 15 lutego 2010

Ito!

- To Tata, to Ito! Bało!...
- A to się bawi ciuchcią?
- Dzidzia. Nie, Ito.

wtorek, 9 lutego 2010

Grzeszne przyjemności

Trafiłem na ciekawą informację.
(http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,7541265,Reklama_piwa_z_Adamkiem_trafi_do_prokuratury.html)
Już od jakiegoś czasu zastanawiałem się nad działalnością Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Generalnie nie podoba mi się sytuacja, w której "specjalnie powołana agencja" ma myśleć za mnie. Ba, nie tylko myśleć: ma wiedzieć lepiej. Tymczasem okazuje się, że oprócz "wiedzenia lepiej", Państwowa Agencja postanowiła mi naurągać. Pretekstem była reklama piwa z Tomaszem Adamkiem. Reklama, na którą zapewne w ogóle nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie szef PARPA, który tym samym nadał sprawie rozgłos i działa (moim skromnym zdaniem) wbrew celom instytucji, której przewodzi.
"- Reklama piwa nie może kojarzyć się z sukcesem życiowym i zawodowym ani ze sprawnością fizyczną. Jeśli Tomasz Adamek to nie jest sprawność fizyczna, to co? Intelekt? Mister Polonia? - zżyma się szef PARPA."
Z powyższego wnioskuję, że gdyby Tomasz Adamek kojarzył się z intelektem, to reklamować piwo mógłby z błogosławieństwem PARPA. Bo intelekt, jak wynika z przytoczonej wypowiedzi, nijak nie kojarzy się z sukcesem życiowym. To raczej porażka: zostać intelektualistą. Myślicielem - a fe! Wykształciuchy!

poniedziałek, 8 lutego 2010

Podziękuj Premierowi

Niniejszym to czynię: dziękuję. Jak wspomniałem, zaproszenie blogerów do dyskusji stało się dla mnie pretekstem do założenia bloga. Może trochę za późno - Dzidzia ma ok. 2,5 roku i można było przez ten czas wiele rzeczy spisać, ale podobno lepiej późno, niż wcale.

A wracając do dyskusji z Panem Premierem, który mimo wszystko nie czuje się przekonany do tego, że tworzenie Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych jest czymś złym. Po kilku przemyśleniach zebrałem kilka argumentów, które na potrzeby ewentualnych przyszłych dyskusji pozwolę sobie tu wynotować:
  1. Koszty. Pomimo zapisu, że wdrożenie RSiUN będzie tanie, koszty mogą okazać się dość znaczne. (W ogóle rozbawiło mnie takie podejście: brak analizy, tylko zapis, że będzie tanio. To może od razu wprowadźmy zapis, że to jeszcze będzie dochód przynosić?) Konieczne jest wprowadzenie filtrowania całego ruchu w internecie przez jakąś listę. Czyli każdy provider kopiuje sobie taką listę i cały ruch sieciowy przez nią filtruje. Analizowane będzie wszystko, co każdy przesyła. Przy prędkościach rzędu 1-2 Mb/s per użytkownik razy ilość internautów (których podobno jest już ponad 13 milionów - http://www.internetstats.pl/index.php/baza-wskaznikow/liczba-internautow/) daje teoretyczną liczbę 13-26 terabitów przesyłanych w ciągu sekundy. Teoretycznie, bo założyłem, że wszyscy na raz wykorzystują łącza maksymalnie. Ale przyjąłem 1-2 megabitów, a w ofertach providerzy kuszą nawet 120 Mb/s... Ale przy moich założeniach daje to ok. 1,5 do 3 terabajtów na sekundę. Czyli (jeśli się nie pomyliłem) na przykład ok. 600 płyt DVD na sekundę! A jeśli się pomyliłem, to niewiele - ilość użytkowników i danych rośnie z dnia na dzień. Także przeanalizowania wymagać będą olbrzymie ilości danych, nawet jeśli mowa tylko o nagłówkach pakietów.
  2. Bezpieczeństwo. Tworzymy w jednym miejscu spis wszystkich blokowanych stron. Nic prostszego dla złośliwców, tylko zmodyfikować (w sposób nieautoryzowany) jeden spis, w jednym miejscu w sieci, aby sparaliżować połączenia internetowe w całym kraju. Żadnego WWW, żadnych rozmów przez Skypa, brak połączeń VOIP, brak dostępu do pieniędzy przez konta internetowe, itp... Oczywiście, cały RSiUN powinien być bezpieczny i odporny na włamania. A Pentagon nie był zabezpieczony? A Nasa nie była? A strona prezydenta nie była? Były. Ale okazało się, że ktoś dał radę. A że tu nie da rady, bo tu będzie "lepiej"? Po pierwsze: nie da się. Nie da się tak zabezpieczyć, żeby włamanie było niemożliwe. Ale można zapewne wpompować tu masę forsy w sprzęt, ludzi i co tam jeszcze. Armia fachowców od bezpieczeństwa, systemy, kamery, ochroniarze i cuda-wianki. Ale tu wracamy to punku 1 - koszty. Przecież miało być tanio... Najlepszym zabezpieczeniem, absolutnie uniemożliwiającym włamanie się i pogrzebanie w takim rejestrze będzie nietworzenie go. Zwłaszcza w czasach, kiedy ataki internetowe i terrorystyczne są na porządku dziennym.
  3. Dublowanie prawa. Skoro propagowanie treści takich-a-takich jest zakazane i grożą za to sankcje i kary, to należy karać. Zgoda. Skoro mamy mechanizmy prawne pozwalające na postawienie zarzutów i ukaranie łamiących prawo, to czemu jeszcze je dublować i wprowadzać zakaz rzeczy zakazanych? Że szybciej? Że łatwiej będzie wpisać do RSiUNu? To oznacza, że trzeba zreformować i poprawić istniejące mechanizmy, a nie dodawać jakieś protezy.
  4. Nie da się... Jakiego nie ustawić płotu, to zawsze znajdzie się odpowiednio długa drabina. A to jakieś anonymizery, a to jakieś proxy, cache, czy VPN od dostawcy do serwera w innym kraju, z którego wszystko będzie dostępne. Oczywiście, jak się już znajdzie obejście, to będziemy jakoś system łatać. I ten nasz płot będzie wyższy i wystarczający do czasu, aż się znajdzie dłuższa drabina. W tym wyścigu "eksperci urzędowi" kontra "reszta świata" przegrać mogą tylko...obywatele. Bo za to wszystko będą musieli zapłacić. A miało być tanio...
Można byłoby tu dodać jeszcze kilka mniej istotnych rzeczy, ale to zaciemniałoby tylko niepotrzebnie obraz. Tak pokrótce wyglądają moje najważniejsze wątpliwości, które być może uzupełnię. A nawet jeśli nie trafię na dodatkowe, konkretne argumenty przeciwko RSiUN, to już z powyższych moim zdaniem wynika dość jednoznacznie, że nie jest to pomysł, który da się dopracować. Jest to pomysł, z którego należy się wycofać. Pan Premier niesamowicie pozytywnie zaskoczył mnie chęcią debaty z internautami. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie wprowadzając zupełnie nową jakość do polskiej polityki: Pan Premier ma wątpliwości. To bardzo pozytywne. Może Pan Premier zaskoczy jeszcze bardziej i dojdzie do wniosku, że pomysł wprowadzenia Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych jest w całości chybiony?

Zobaczymy. Ja tymczasem jeszcze raz dziękuję Premierowi. Zmobilizował mnie.

Forget-me-not

Babcia wybrała się z Dzidzią na saneczki. Dzidzia uwielbia saneczki - ba, każdy uwielbia. Po niedługim spacerku okazało się, że Dzidzia nie siedzi już na saneczkach. Ponieważ spadło mu się było, został kilka metrów z tyłu. Lądowanie było zdaje się dość miękkie, bo nie skończyło się wyciem. Do czasu, gdy Babcia spostrzegła pewne braki w obciążeniu, Dzidzia zdążył się już nieco pozbierać, wstać i stojąc na środku zgłosić reklamacje: "BABA! A Dzidzia?!"

Bo bloga trzeba mieć

Jak się okazuje - bloga trzeba mieć. Pan Premier był uprzejmy zaprosić do dyskusji na temat wolności nikogo innego, tylko blogerów właśnie. A nuż kiedyś będą kolejne konsultacje społeczne (czyt. blogerskie?)? Zatem się przełamałem.

A skoro blog już jest, to powinien być o czymś. I tu, z przekory, (żeby nie przyznać się do braku pomysłów) będzie o niczym. Czyli o wszystkim. W ramach testu sprawdzę jak się blog do rozmaitych notatek nadaje. A czasem będzie o ekonomii i polityce. "Czasami człowiek musi, inaczej się udusi" - a na blogu nikomu nie powinno przeszkadzać.

A czasami będzie gdzie zanotować sceny z życia Dzidzi.