niedziela, 21 lutego 2010

Śniadanie wirtualne

I postanowiła przestać żyć jak zwierzę (czyli bez internetu). Ale nic pochopnie. Zanim wreszcie po dwóch kwartałach wybierania oferty (jednej i tej samej, bo wyboru nie ma - jakby był wybór, to by dopiero był dramat) zdecydowała się na nią, postanowiła przynieść do domu modem łączący się przez sieć komórkową.
(Jakość jest niezła, ale do kablowego naturalnie jeszcze daleko. Ale o tym za chwilę.)
Głównym argumentem stało się wypróbowanie połączenia wideo z Dzidzią. Kamerka internetowa najwyraźniej była jeszcze al-dente i dopiero po dwóch miesiącach leżakowania dojrzała i została wreszcie podłączona. Pierwsze próby kończyły się powodzeniem częściowym, tj. był głos, ale obrazu niestety nie. Wystarczyło jednak, aby Dzidzia się zainteresował i oświadczył "I tu!" pokazując na laptopa.
Czekając aż I upora się z trudnościami, Dzidzia objął moje ręce, żebym niczego nie dotykał i kazał czekać, bo "I tu!". Trwało to kilka dobrych minut, które Dzidzia zniósł o wiele bardziej cierpliwie, niż ja....
Po jakimś czasie ku powszechnej radości się udało. Dzidzia pogadał z I, I cała uhahana, prawie pełen sukces. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze stabilnego i szybkiego połączenia, żeby dźwięk i obraz nie zrywały się co chwila. Zażądałem, żeby I załatwiła wreszcie kabel, bo ten komórkowy internet średnio dawał radę.
- Pabel! - podchwycił Dzidzia, po czym pożegnaliśmy się (było pa-pa itp) i zakończyliśmy rozmowę ogłaszając sukces.
A to dopiero początek opowieści, która (jak mniemam) będzie miała jeszcze sporo odcinków....
Po mniej-więcej godzinie Dzidzia zażądał stanowczo połączenia z I. Długo i usilnie tłumaczyliśmy, że najpierw I musi kupić kabel. Nie dało się. No to wyjaśniliśmy, że I już śpi i nie da rady. Zbliżała się już północ i chcieliśmy Dzidzię też już na spanie namówić...
7 rano....
Po obskakaniu nas i po buziakach na powitanie Dzidzia zażądał połączenia z I. Jakiś czas zwlekaliśmy humanitarnie. Ale Dzidzia nalegał. Bez specjalnego przypominania o głównym problemie Dzidzia na chwilę zniknął i wrócił ciągnąc kabel od odkurzacza oświadczająć:
- I pabel!
W sumie, dobijała dziewiąta - koniec. W końcu to nie my zaczęliśmy. Telefon do I. Zacharczało, zachrypiało, coś chrząknęło.
- Cieszę się, że już nie śpisz! - powitałem I poznawszy ją po... głosie?
- Taa?... - zazgrzytało z drugiej strony.
Szybciutko wyjaśniłem, że "I tu!" i to na-ten-tychmiast i po chwili (którą Dzidzia spędził siedząc nieruchomo i wpatrując się w laptopa) było połączenie z I. Dzidzia zadowolony rozmawiał, przez ten czas przygotowaliśmy śniadanie, I miała za swoje. Podaliśmy do stołu, Dzidzia zjadł wszyściutko. Parówkę, paprykę, zagryzając precelkiem. Cały czas rozmawiając ze spoglądającą na niego z ekranu I. W ten sposób zjedliśmy pierwsze wspólne, wirtualne śniadanie. Tylko I jakoś tak więcej mówiła, niż jadła...

1 komentarz:

  1. Zapomniałeś napisać o tym, jak siedzącej murem przed kompem, drżącej w kusej piżamce i głodnej I, sarkastycznie zaproponowałeś zainwestowanie raczej w netbooka niż "pabel" - bo przynajmniej zyska szansę na jakąś mobilność...

    OdpowiedzUsuń