Poniedziałkowy poranek zastał nas ponad sto kilometrów od mojego miejsca pracy. Zebraliśmy się wcześnie, o dość przyzwoitej porze wpadłem do mieszkania po torbę i pobiegłem z powrotem do samochodu. Mamusia w tym czasie przesiadła się za kierownicę i ruszyła, jak tylko wsiadłem. Uzgodniliśmy, że podrzuci mnie kawałek na tramwaj, żebym szybciej dotarł do pracy.
- A tu dom... - zauważył nieśmiało Dzidzia.
- Tak - potwierdziłem - ale zawieziecie mnie jeszcze do pracy.
W tym czasie dogoniliśmy autobus, który jedzie prosto na pętlę tramwajową. Zaproponowałem, żebyśmy zatrzymali się na przystanku i przeskoczę do autobusu, żeby Dzidzia z Mamusią mogli pojechać już do domu. Tak zrobiliśmy, trwało to zaledwie chwilę. Wystrzeliłem z auta w kierunku autobusu i tuż przed zamknięciem drzwi dosłyszałem lekko zdziwiony głos z tylnego siedzenia:
- To pacia?...
Hmm... Cóż, później się jakoś z tego wytłumaczę. Oby...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz